ZANIM ZACZNIESZ TO CZYTAĆ, ZASTANÓW SIĘ, CZY NAPRAWDĘ TEGO CHCESZ... TO OPOWIEŚĆ NA FAKTACH!!!
No... i skończyły się moje tegoroczne Święta. "Wigilijna wieczerza" spożyta chwilę po czternastej, podzielenie się opłatkiem (uśmiech taty pełen drwiny, jakby chciał udowodnić, że w tej chwili też panuje zakłamanie i że w domu jest nadal o jedną osobę za dużo). Potem szybkie skonsumowanie przygotowanego właśnie na dziś żarcia. Brzuch boli mnie z przejedzenia. Masakra. Obok mnie kilka, dokładnie 8, kawałków ciasta, które mimo oporu żołądka i tak pewnie w najbliższym czasie zjem. Ten dzień jest dla mnie kulminacją całej chorej sytuacji, w jakiej się znalazłam, i z której, do cholery, pojęcia nie mam jak się wydostać...
Wszystko zaczęło się, jeśli mam wierzyć mojemu Obecno-Byłemu koło miesiąca temu. Moim zdaniem zaczęło się to z chwilą mojego poczęcia. To śmieszne, ale jestem pewna, że ciąży nade mną fatum... Gdy tylko pragnę zatrzymać szczęśliwe chwile, wszystko się pierdoli. W zasadzie nie tylko wszystko, ale wszyscy, w szczególności ja. W tym momencie mogę być zupełnie szczera, bo nikt nie stoi nade mną i nie czyta tego, może poza Tym, Którego Nigdy Nie Widzę, A Który Ponoć Jest. Ale Jego jakoś nie widzę powodu, żeby się wstydzić. I tak wiedział to wcześniej niż ja. Taki Boski paradoks. On chyba lubi powtórki. Ciekawe, czy ogląda Polsat. Powinien.
Wracając do głównego wątku... Masakra zaczęła się miesiąc temu, kiedy pierwszy raz w życiu zapaliłam dżez. Taka moja mała inicjacja, która sprowadzi na mnie śmierć, gdy moi starzy się dowiedzą. No trudno. Od tego czasu ponoć jestem z Andrew już tylko ciałem. Bo duchem jestem poza zasięgiem. Nie wiem, jak to się dzieje. To chyba niezależne ode mnie. Ale najprawdopodobniej tak właśnie być musi, skoro zrobiło sie tak nieprzyjemnie. Strasznie. Odczuwam presję, jaką sama na sobie wywieram. Dotyczy ona podjęcia pewnej decyzji i to w sposób oczekiwany w związku z moim wiekiem, czyli dojrzały. To naprawdę trudne. Nie lubię wybierać. Należę do osób, które chciałyby mieć wszystko. Tak jest też w tym przypadku. No, ale ta sytuacja nie pozwala mi niestety na dłuższe przebywanie w obecnym klimacie. Jakoś tak nieoczekiwanie atmosfera robi się zbyt gęsta. Ja oczywiście ciągle udaję, że nie znam tego przyczyn, ale udawać idiotkę przez resztę życia, i to idiotkę z takim ilorazem inteligencji jak ja, to nie dla mnie.
Poznałam ponoć jakoś miesiąc temu kogoś, kto ogólnie rzecz biorąc stał się efektownym i niesłychanie przyjemnym epizodem w moim, już lekko woniejącym nudą, życiu. I to w czasie, kiedy naprawdę tego potrzebowałam. Aby uniknąć aluzji nazwijmy go... Może po prostu Go nie nazywajmy. I tak wszyscy wiedzą, o kogo chodzi. No to On jest bardzo podobny do Andrew, tyle że młodszy i jakoś tak łatwiejszy do zniesienia. Charaktery mają niemal takie same, ale podejście do życia całkowicie odmienne. Jeden snuje plany na przyszłość, drugi żyje chwilą. I teraz chyba właśnie Jego podejście byłoby najprostszym rozwiązaniem tego całego chorego i podłego powikłania, które w moim tkwieniu na tej planecie powtarza się średnio co 5 lat. Taki mały przewrót, łamiący moje życie na pół i oczekujący, że zawsze znajdę siłę, by się z tego pozbierać, zupełnie jak jakiś bohater kiczowatej kreskówki dla bezmózgich bachorów, mający nieskończoną ilość żyć i do tego pozbawiony możliwości skapitulowania czy przegranej. Ludzie chyba uwielbiają te bzdury, bo są zupełnie inne niż życie, które cały czas daje w kość (a w każdym razie przez większość czasu).
Życie w pewnych chwilach wydaje się piękne, a tak naprawdę jest tylko ironią losu, który chce pokazać, jak niewiele znaczymy i jak bardzo potrafimy się upokorzyć dla możliwości pościgu za tym, co nigdy się nie urzeczywistni. I wtedy, w tej najpiękniejszej sekundzie, dostajemy takiego kopa, że zatrzymujemy się i o tym myślimy. Że jest właśnie tak, jak mówię. Ja jestem w tym dokładnie etapie. Dostałam kopa, który, niestety, nie zagwarantował mi złamania kręgołupa. Żyję i muszę dalej popierdalać, o własnych siłach i z mózgiem przepełnionym własnymi, chorymi wizjami ziemskiej arkadii. Większość z nas to idioci, którzy nigdy nie pojmą, że w realu nic do nas nie dociera i wcale nie uczymy się ani na własnych, ani na cudzych błędach. Non stop robimy błędy i non stop je powielamy. Okej. Mam trochę zawyżone mniemanie o sobie. Utożsamiam się z ludzkością. Może mówię to, bo chcę wierzyć, że ktoś też jest taki jak ja. Przecież tylko ja potrafię powielać błędy i nadal tego nie zauważać. No tak... Niepotrzebna ta dygresja. I tak tutaj chodzi głównie o mnie. No i o moją głupotę.
A więc (wiem drażnię nauczycieli, tak nie zaczyna się zdania, ale to ma być książka życiowa, a nie poprawna gramatycznie)... ogólnie to szkoda słów i niewarto zawracać sobie tym głowy. Bo to chyba nie ma sensu. Ale nie po to zaczęłam, żeby dać spokój (Ooo... Teraz to zaskoczyłam sama siebie).
Cała ta sytuacja męczy mnie. Wykańcza nie tylko psychicznie, ale i fizycznie. Niedość, że większość czasu o tym myślę, to wszystko leci mi z rąk i miewam ataki niekontrolowanego płaczu. Tak to już dawno nie miałam. Z wiekiem coraz więcej spraw siada mi na psychę... Jak będę już pod 30stkę to się ustatkuję i zamieszkam w najbliższym oddziale psychiatrycznym. Tak będzie chyba najlepiej i najbezpieczniej.
Jestem z Andrew już ponad 6 mcy i chyba przyznacie mi rację, jeśli powiem, że przez pewien epizod (fakt - zaskakująco przyjemny epizod) głupio byłoby to z dnia na dzień po prostu skończyć. W końcu sama się starałam o ten związek, a poza tym (a może przede wszystkim...) kocham Andrew (trochę trudno w to teraz uwierzyć, spoko, cała ja). Ten powód powinien pomóc mi podjąć decyzję, ale, niestety, tak nie jest. Bo pokusa jest dla mnie zbyt silna, a ja jestem tylko człowiekiem... No i co robić?? Mieć kochanka w tak młodym wieku - zajebiście (patrząc na to jak wyglądam - to cud), ale sumienie raczej by mi nie wytrzymało. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że On wie, że mam chłopaka, a mimo tego nadal się nie poddaje. To naprawdę ciekawe. Szkoda, że Andrew nie może się do tego jakoś przychylniej ustosunkować. Hmmm, dziwne to trochę, jak dotąd złamałam chyba każdą możliwą obietnicę złożoną Andrew, a sumienie jakoś specjalnie mi nie dokucza... Niesłychane... Gdyby te moje refleksje przeczytała mama.. Ja pierdolę... Zginęłabym marnie już podczas słuchania kazań o wierności i lojalności. Wiem, że należy żyć najlepiej jak się da, bo przecież żyje sie tylko raz... Ale nie od dziś wiadomo, że dobro to pojęcie względne. I dla każdego definicja dobra jest inna. Przasada. I to gruba.
Najgorsze zaś jest to (i to chyba największy problem) że mam do Niego słabość, jak nigdy w życiu do nikogo, nie potrafię się Mu oprzeć, co by nie zrobił. W zasadzie to jest chyba pierwszy facet, którego uwiodłam nie mając takiego zamiaru... Nieźle. Ponoć całkiem fajna laska się ze mnie zrobiła. Ciekawe, ilu jest takich jeszcze?? Dobra, nie popadajmy w samozachwyt, przecież to tylko moje życiowe pięć minut, tylko mi się wydaje, że jestem taka zajebista. Tak serio to większość kontaktów nawiązałam, bo palę papierosy. Ludzie mnie lubią, bo jestem zabawna - ponoć. A jeszcze bardziej lubią mnie za to, że nigdy nie żałuję nikomu papierosów, jeżeli je mam. Nie żałuję, bo fajnie jest mieć towarzyszy w nałogu. Wtedy udowadniam sobie, że nie tylko ja jestem na tyle głupia, by się dobijać, odbierając sobie każdą szlugą jakieś 5 minut (tak gdzieś kiedyś czytałam). Obecnie jestem zdania, że skoro żyje się raz, to trzeba to życie porządnie wykorzystać. I powinnam wszystkiego spróbować. Aczkolwiek nie mam zamiaru tej zasady wpajać swoim dzieciom.
Noi tak... zaczęło się "blefowanie" (od jakiegoś czasu to ulubione słowo Andrew, którym raczy mnie w rozmowach, a które drażni mnie niemiłosiernie). I to porządne. Jestem pewna, że zasłużyłam tym sobie na ogromną karę. Ale w końcu nie ma co się martwić na zapas... Pożyjemy, zobaczymy. Myślę, że do całej tej sytuacji doszło, ponieważ ja się mszczę za wcześniejsze niepowodzenia. Nie robię tego specjalnie, tylko podświadomie. Tak sobie zakodowałam, kiedy rozczarowałam się swoją szczeniacką miłością i tak mi zostało do dziś. Brzmi jak mit i równie dobrze tłumaczy przyczynę zaistniałych zdarzeń, co nie?
Cholernie podłym byłoby teraz zerwać z Andrew, przecież są święta.. A znajomość z Nim przetrwa co najwyżej do kwietnia, bo przecież potem wyjeżdżam i tyle mnie widzieli. Potem minie sporo czasu, zapomnę, że coś takiego w ogóle miało miejsce i koniec. W inny sposób postępując, zniszczę życie sobie i Andrew (więcej ofiar) i popsuję swoje plany (zero korzyści), a On przecież poradzi sobie beze mnie. Jasne, łatwo powiedzieć, tylko czy ja zapomniałam, że ja nigdy nie zapominam?... Kolejna klęska. Biała flaga. Nadal brak realistycznego rozwiązania.
Tak czy siak, przecież z nim nie zerwę. A jeśli zerwę to już nie znajdę takiego faceta jak on. Bo takich już chyba nie ma. Jeśli z nim zerwę, wyjdę na materialistkę, która się sprzedała... Bo jedyne czego poza kontaktem fizycznym On mi nie żałuje to pieniądze. Nie chcę tak. Nie mogę być od faceta uzależniona finansowo. Jedna z możliwie najgorszych opcji, do chuja!... Ehhh... Jeszcze jakieś wady związku z Nim?... Tak. Nie znam Jego rodziców, daleko mieszka, nie kocha mnie, łączy nas tylko fizyczny pociąg(chyba?)
Ja pierdzielę... I co tu jest jeszcze do rozkminiania...
Niby nic, ale ja nadal nie wiem, co z tym wszystkim zrobić. O gash... Dobra, dość pomyślimy jutro, a sytuacja i tak wyjaśni się najszybciej 28.12 jak Andrew do mnie przyjedzie.
***
Miałam iść w kimę, ale jak już wspomniałam ten temat nie daje mi spokoju. A mógłby. Życie faktycznie jest, kurwa, ciężkie. Nawet godziny wolnej od tego tematu nie mam. Wystarczy, że o czymś pomyślę i już... przed oczami oni - ci, którzy jak tak dalej pójdzie, mnie wykończą. Cholera. Dałam się tak wkręcić, to powinnam znaleźć jakieś mądre wyjście z tej popierdolonej sytuacji. To się chyba nazywa odpowiedzialność. Pojęcia nie mam, jakie spotkają mnie w związku z tym wydarzeniem konsekwencje. Jakoś specjalnie się tego jeszcze nie boję. Jeszcze. Może liczę na to, że mimo wszystko Ktoś ze mną zostanie. Naiwna kretynka. Im szybciej coś z tym zrobię, tym lepiej dla mnie, maybe tak szybko nie zeświruję... Mojej psychice zaczyna brakować powietrza... Don't give up! Ja pierdolę. Chyba już nie chce mi się spać. Czuję się całkowicie sama. Chciałabym, żeby mnie ktoś przytulił i powiedział, co powinnam zrobić. No, ale przecież nikt tego za mnie nie zrobi. Nie ma lekko. Wypij to piwo, co go naważyłaś. Jedno jest pewne, strasznie się tym browarem ubzdryngolę... Jak nigdy w życiu. Byle do Sylwestra, gdziekolwiek go odbędę. Wszystko jedno. Najchętniej dałabym im wszystkim spokój, ale to jest chyba niewykonalne dla mnie. Nie boję się samotności. Tylko szkoda mi życia. No i jakoś nie lubię sobie odmawiać. Ehhh... Naprawdę poważna sprawa się z tego robi... Znowu musiałam się w coś wpierdolić... Tylko jak się teraz z tego wykramarzyć?? Jak nigdy brakuje mi pomysłu i nadziei, że wyjdę z tego cało. Mam już dość facetów, którzy komplikują mi życie i życzą niesamodzielności (zakon, zakon to jedyne rozsądne wyjście! - podpowiada mi moje już ździebko jebnięte sumienie). Może wystarczy wcisnąć "delete" i wszystko będzie znowu w porządku? Nie... Nie działa. Kurwa!!!! Oszaleję jeszcze przed końcem tego gasnącego roku. Do cholery, dlaczego Andrew po prostu ze mną nie zerwał? Nie musiałabym podejmować takich głupich decyzji... No on nie mógł, bo mnie KOCHA... Jeju, co mu na mózg padło, by pokochać taką wariatkę, jaką jestem? Chyba z 5 ton asfaltu. Teraz się śmieję, ale wcześniej przecież to nie było mi takie znowu obojętne. I tak naprawdę nadal nie jest. Jeżeli zostanę z Andrew to po prostu będę musiała sobie trochę więcej odmawiać - i to boli najbardziej... Ale przecież go kocham, więc dlaczego miałabym nie dać rady?? (Bo tylko tak mi się wydaje?? Gdyby tak było, nigdy nie doszłoby do tego, w czym teraz tkwię?) Nieee... Ja go kocham. Kocham Andrew, wiesz?? Kocham ANDREW!!! Doszło? No, niebardzo. Słabo. Nieprzekonująco. Kurwa. Ale co ja mam zrobić?? Chcę z nim być do cholery... I będę. Pokażę wszystkim, że potrafię... Ale, że co potrafię? Być porządna? Pokazywałam to przez pieprzone 15 lat i jakoś nic specjalnie dobrego z tego nie mam. Poza wspomnieniami starszych ludzi, którzy sądzą, że nic od tamtej pory się we mnie nie zmieniło. Nie chcę całe życie być tą małą nieśmiało uśmiechającą się, milczącą dziewczynką. Dość. Nie po to od tego uciekłam, by znowu zatoczyć koło i powielać historię... Nie.
Ja to mam jakieś kurewskie tendencje po prostu i tyle. Albo jestem tak dobra, że chciałabym dawać wszystkim z siebie to, co najlepsze. A że dla facetów ciało ma więcej walorów niż dusza? Ja nie jestem w stanie ich wszystkich przekierunkować. Za dobra jestem. Jak tak dalej pójdzie, to skończę w tym moim wymarzonym niemieckim burdelu. Hmmm... No i co ja mam zrobić? Nie znacie nawet połowy moich ciemnych myśli, a już i tak myślicie o mnie niezbyt pozytywnie, co? Szczerze? Mam to gdzieś. Nikt mnie nie zna, nawet ja sama siebie zaskakuję, więc Wasza ocena jest jak najbardziej cząstkową oceną mojej osobowości. Czyli niewiele ma do całości. Ja nikogo nie oceniam i nie wnikam, czym się kto zajmuje, dlatego też sama tego oczekuję od innych.
Problem w tym, że w związku są pewne zobowiązania, których ja jakoś nie potrafię tolerować. Przestrzeganie ich ciężko mi idzie. Może dlatego za nimi nie przepadam. A ja się uważam za masochistkę... Słabo się popisałam. Ale wtopa. Fakt, jako masochstka, lubię robić na złość - przede wszystkim sobie. Niedość, że Ten Z Góry zrzuca mi jakiś tam ochłap szczęścia, to jeszcze ja zanim go złapię porządnie, to go rozpierdalam na takie małe kawałki, które potem ciężko znaleźć, a co dopiero jakoś w całość połączyć. Zapomnij... Co do tych zobowiązań... Kiedyś nie było mi tak trudno... Ale pewnie wiecie, że często zachodzi taka prawidłowość, że jak jesteś, człowieku, sam, to jesteś sam i nikogo to nie obchodzi. A jak już ktoś jakimś cudem się znajdzie obok ciebie, to nagle przyciągasz uwagę całej rzeszy ludzi, o której wcześniej nie odważyłbyś się choćby pomarzyć. Takie te życiowe paradoksy mają właściwości. Nie dziwcie się, że lektury w szkole są takie smutne i kończą się tragicznie. One po prostu są ŻYCIOWE (Mimo wszystko szkoła uczy. To nie są drwiny, nie tym razem.)
"Życie jest najlepszym planem ramowym książki - przynajmniej jeśli mowa o moim życiu i mojej biografii..."
by Kajson
24.12.2009r., Gryfice